Zamęt w kuchni z udkami z kurczaka po indyjsku

  • Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
8 grudnia 2017

Mamy teraz urodzaj blogów, programów telewizyjnych i radiowych o tematyce kulinarnej. Także prasa nie ustępuje pola i serwuje nam swoje strony z przepisami na smaczne dania. Zazwyczaj wszyscy znawcy gotowania wydają się zadowoleni ze swojej pasji, demonstrują, że żadne wyzwanie kuchenne nie jest dla nich straszne. To tylko niektórzy zawodnicy w gotowaniu nieraz uronią łzę, że coś im nie wyszło. Nawet dzieci są już na tyle obeznane w tych praktykach i tak zarażone tą pasją, że stworzono i dla nich zawody kulinarne.

Patrzę, podziwiam i zazdrość mnie bierze. Och, nie mam tego talentu za grosz. Biorę jakiś przepis do ręki, czytam listę składników i nic nie mogę zapamiętać. Jak jestem przy trzeciej pozycji, już te dwie pierwsze wywiały mi z głowy. Następnie zaczynam poznawać kolejność czynności. I jest to samo. Do trzech nie potrafię spamiętać. Ktoś by zapytał, „A gdzie twoja wyobraźnia, Jeśli byś każdą tę czynność widziała oczami wyobraźni, wyłaniał by się widok i smak całej potrawy!” Sama sobie się dziwię. Przecież ogólnie na brak wyobraźni nie mogę narzekać.

Doskonale sobie wyobrażam na przykład, jak uczę się jazdy na nartach i niespodziewany pęd powietrza przyprawia mnie o panikę, a narty w ogóle mnie nie słuchają. Z tego wszystkiego całą moją decyzyjność łapie jakiś paraliż i wypadek gotowy. Dlatego narciarstwo omijam z daleka. Albo na plaży w ciepłych krajach mogę sobie wyobrazić, jak  niespodziewanie pojawia się rekin i chwyta mnie na łydkę, gdy brodzę w wodzie po pas. Nie mogę narzekać na brak wyobraźni, oj nie.

A jednak w kuchni mnie zawodzi. Jedyne, co tam mogę sobie wyobrazić, to to, że jak na moment z niej wyjdę, to natychmiast zostanę ukarana kipiącym olejem, albo spalenizną przypalonego mięsa. No i na tę myśl natychmiast chwyta mnie nerwica pęcherza albo inna neuroderma, coś mi wypada z rąk, coś się rozsypuje i dodatkowe zajęcie gotowe. Co ciekawe, tak jak nie przepadam za kuchnią, tak przeciwnie – bardzo lubię jeść.

Ale postanowiłam to zmienić. To znaczy na początek chciałam przeprowadzić badanie naukowe na przykładzie wybranego przepisu kulinarnego. Odstawić wszelkie emocje i z przysłowiowym szkiełkiem w oku zbadać, o co tak naprawdę chodzi w mojej kuchni. Przy okazji byłby to taki zapis dokumentalny, ale nie z pozycji pasjonata kulinariów, a wręcz przeciwnie – kuchennego uczuleniowca.

No i proszę bardzo, dziś wybrałam przepis „Udka kurczaka po indyjsku w aromatycznym sosie jogurtowym”. Nie może to być zbyt prosty przepis typu jajecznica (choć i do niej ma zastrzeżenia moja nastoletnia wnuczka), czy bigos (ten jednak domownicy sobie chwalą), gdyż te dania mam jako tako opanowane.

Składników jest bardzo dużo, trzeba będzie się wykazać sporą logistyką, żeby nie pogubić kolejności w przyrządzaniu.:

  • 4 udka z kurczaka
  • 100 g jogurtu naturalnego
  • po 1 łyżeczce kurkumy, imbiru w proszku
  • po ½ łyżeczki kolendry i kardamonu w proszku
  • sól, świeżo zmielony pieprz
  • 1 łyżeczka soku cytrynowego
  • 1 ząbek czosnku
  • 1łyżka oleju roślinnego
  • 400 g przetartych pomidorów
  • 1-2 łyżeczki zielonej pasty curry
  • 100 ml śmietany
  • 1 laska cynamonu
  • 2 goździki
  • 200 g chleba naan

Usiadłam z wrażenia i jeszcze raz przeczytałam te składniki. Nie mam laski cynamonu, zielonej pasty curry ani tym bardziej chleba naan. Ale co tam, mam chociaż curry w proszku. Najważniejsze, że reszta jest, zwłaszcza ta kurkuma, kolendra i kardamon.

To teraz przystępujemy do przygotowania. Okej, pierwsze jest proste, udka z kurczaka umyć i osuszyć. Dalej – wymieszać jogurt z kurkumą, imbirem, kolendrą, kardamonem, solą…Przy każdym nowym składniku, który dodaję, muszę od nowa czytać spis przypraw, kto by to spamiętał. Jeszcze pieprz i sok z cytryny. Wymieszane. Teraz udka wkładamy do worka do zamrażania (czy ja mam coś takiego? A skąd, więc inny worek foliowy biorę), wlewamy też jogurt wymieszany z przyprawami, zamykamy worek (tzn zawiązujemy węzeł), potrząsamy nim, by dobrze się wymieszało i zostawiamy na dwie godziny, niech się marynuje.

Chwila relaksu i odsapki, po czym trzeba obrać ząbek czosnku, zgnieść i podsmażyć na rozgrzanym oleju. Po czym znowu przeczytać tok postępowania, bo już całkiem się zapomniał. Acha, dodać do tego przetarte pomidory, curry (ja mam w proszku) i śmietanę. Zagotować i doprawić.. znowu? – kardamonem, kurkumą, imbirem no i pieprzem oraz solą. Ocierając pot z czoła (to z emocji) czytam znowu co dalej. Acha, sos trzeba przełożyć do naczynia żaroodpornego, dodając do niego jeszcze cynamon i goździki. Do tego włożyć udka kurczaka, wyjęte z worka z marynatą, (przy tej okazji upaćkałam sobie ręce i fartuszek, całe szczęście, że tym razem go założyłam, bo tak za bardzo nie lubię fartuszków kuchennych) i dusić w piekarniku w temp. 180 stopni, a jeśli jest termoobieg włączony, to w temp. 160 stopni. A co z resztą marynaty z worka? Może nic się nie stanie jak dodam do sosu? Biję się z myślami, bo w przepisie nic o tym nie ma, a marynata smaczna jest, tyle przypraw. Poza tym ja robię na odwrót – udka zalewam sosem, bo chcę, by były nim pokryte. A jak by to wyszło zgodnie z przepisem? Nigdy się nie dowiem, bo zrobiłam po swojemu, a drugi raz do tego przepisu pewnie już nie wrócę. Tyle zachodu, to nie na moje nerwy. Ale wygląda na to, że daję radę w kuchni, gdy nikt mi nie przeszkadza, ale też… nie pomaga. Gdy czas mnie nie goni i gdy rzeczywiście mam ochotę coś upitrasić. To, zdaje się, jest jakaś sytuacja wyjątkowa i niezwykle ...rzadka. A co z nieubłaganą koniecznością przyrządzania codziennych posiłków? To taka upierdliwa konieczność…

 A ten chleb naan był przewidziany do podania z udkami. Ja podałam z ziemniakami lub z naszym chlebem, jak kto wolał.

O kurcze, z tego wszystkiego nie zrobiłam żadnego zdjęcia. A wszystko zostało zjedzone, bo smakowało. Kuchnia posprzątana i już żadnego zamętu nie widać.

ESWI

Galeria

  • Powiększ zdjęcie W kuchni

    W kuchni