Byłam zakładnikiem na granicy węgierskiej.

  • Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
12 października 2018

Można tak powiedzieć, bo jak to nazwać inaczej. Każdemu uczestnikowi wycieczki objazdowej na Bałkany w drodze powrotnej na granicy UE, w tym przypadku węgierskiej, skontrolowano wszystkie bagaże i żaden z nich nie przewoził niedozwolonej ilości alkoholu czy papierosów. 

Owszem, wykroczenie takie odnotowano w przypadku jednego z kierowców. Była prawie północ. Pilot po kontakcie z przełożonymi wyjaśnił nam, że przyjedzie po nas zastępczy autokar, bo ten jako przedmiot w którym dokonano przestępstwa musi zostać do wyjaśnienia sprawy, spisania odpowiednich dokumentów, naliczenia stosownych kar i opłat. Ale zanim nadjedzie upłynie trochę czasu.

Po przeszło dwóch godzinach pilot zakomunikował nam, że umówiony autokar został zawrócony z drogi, gdyż kierujący zmianą służby celnej jednak zmienił zdanie i odmówił zgody na nasz wyjazd. Ale żadne wyjaśnienie tej sytuacji nie zostało nam przedstawione. Co więcej, dokumenty i decyzje karne nie mogą powstać, gdyż nie ma tłumacza. Tak więc pozostaje nam czekać nie wiadomo jak długo. Nad ranem pojawiła się szansa, że zostaniemy wypuszczeni na najbliższą stację benzynową, byśmy mogli skorzystać z bezpłatnych toalet, umyć się i kupić coś do jedzenia. Ale potem będziemy musieli tu wrócić. Jednak nie doszło to do skutku, być może czas przed świtem nie wzbudził entuzjazmu wśród turystów do takich działań. A może propozycja i tak była nierealna, może okazałoby się, że jednak nie możemy odjechać na ten krótki czas. Pilot podjął próbę kontaktu z konsulem polskim w pobliskim mieście węgierskim. Konsul nie był zaskoczony, podobno takie sytuacje się zdarzają i trzeba by coś z tym zrobić. Poprosił o przekazanie słuchawki celnikowi, lecz ten odmówił rozmowy, nie odebrał słuchawki. Nikt nam też nie odpowiedział na pytanie jaki jest nasz statut prawny, czy jesteśmy o coś podejrzani.

Dopiero, gdy stanowiska celne objęła dzienna zmiana dowiedzieliśmy się, że zostaliśmy zatrzymani jako świadkowie zdarzenia. Ustalona została kwota kary i pilot udał się do najbliższego miasta po gotówkę w forintach, gdyż tylko w tej formie mogła być przyjęta kwota wymierzonej kary. To też trwało kilka godzin, a my jak stado baranów mogliśmy jedynie siedzieć w autokarze lub spacerować po przyległym parkingu, gdzie zatrzymują się podróżni po szczęśliwie przebytej odprawie celnej i potem jadą sobie dalej. Lecz nie my. Mieliśmy do dyspozycji toaletę z obsługą płatną 1 euro (nocą obsługa zamykała toaletę i znikała na jakiś czas) albo dwa toi-toie w opłakanym stanie. W podobnym stanie był przyległy trawnik, zasłany wręcz kiepami papierosów, a pobliskie krzaki pełne były niebezpiecznych „min”. Dużo było kiosków sprzedających winiety i wymieniających walutę, lecz nie było żadnego punktu z art. spożywczymi.

Mieliśmy nadzieję, że po wpłaceniu opłaty karnej wreszcie będziemy mogli odjechać. Ale gdzie tam.

Okazało się, że musimy jeszcze czekać na śledczych z pobliskiego urzędu. Pojawił się także tłumacz i prawnik, bo nasz kierowca musiał mieć obrońcę z urzędu. Jednak z nami nikt nie rozmawiał, miejsce akcji było dla nas niedostępne i tylko pilot co jakiś czas informował nas o domniemanym terminie naszego odjazdu. Termin o godzinie 12:00 minął bezskutecznie, zatem pilot załatwił nam darmowy posiłek w stołówce obsługującej celników. Było nas przeszło czterdzieści osób, więc wyzwanie dla tej stołówki było znaczne. Zjedliśmy, podzieleni na kilka mniejszych grup (bo i stołów z krzesełkami było niewiele) po panierowanej piersi z kurczaka z frytkami lub ziemniakami puree bądź ryżem.  Nie mieliśmy wyboru, lepszy rydz niż nic.

Tymczasem dokumenty rodziły się długo, urzędnicy się nie spieszyli, nikt nas nie przesłuchiwał, konsul już więcej nie interweniował, a nam obiecano, że o 15:00 już na pewno odjedziemy. Wszyscy już naprawdę byli wkurzeni. W tej samej bieliźnie od poprzedniego poranka, z popuchniętymi nogami, brak pożywienia, wydana waluta, bo już mieliśmy być na terenie Polski, gdzie moglibyśmy coś zjeść za złotówki. Nikt nas nie broni, choć nie popełniliśmy żadnego wykroczenia, zdani na łaskę węgierskich celników. Czy jesteśmy zakładnikami w myśl zasad odpowiedzialności zbiorowej!? Złorzeczyliśmy też na nieodpowiedzialnego kierowcę, który w tak niefrasobliwy sposób naraził cały autokar turystów na tę uciążliwą sytuację. Wielu z nas musiało do swych miast dojeżdżać jeszcze innymi środkami komunikacji po zakończeniu podróży z organizatorem wycieczki. A w tej sytuacji ich plany dalszej podróży legły w gruzach. Niektórzy mieli wracać nazajutrz do pracy po urlopie, tymczasem ich powrót na czas był zagrożony. Inni mieli umówione wizyty np. na rehabilitację. Same komplikacje! Żeby to jeszcze zawinione!

Wreszcie wyjechaliśmy o 15:30. Ukarany kierowca nie wiedział jak ma nam spojrzeć w oczy. Staliśmy na tej granicy około 16 godzin.

Na moim wycieczkowym punkcie docelowym osiągnęliśmy spóźnienie około 13,5 godziny.

 

ESWI

Galeria

  • Powiększ zdjęcie