Oczami Moniki i Marka - Teneryfa, miejsce ogromnej różnorodności

  • Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
28 grudnia 2018

Każdy postrzega rzeczywistość zupełnie inaczej, przez co mieliśmy często poczucie przebywania w różnych rzeczywistościach. Bywało tak, że totalnie różniły się od siebie, a czasami okazywało się, że jednak jesteśmy w obiektywnej (wspólnej) przestrzeni postrzegania tego, co widzimy. Było to zarówno bardzo osobliwe jak i ciekawe. A czasem było zwyczajnie dziwne. I urocze.

Tytułem wstępu

Monika

Od dawna myślałam o podróży na Wyspy Kanaryjskie, ale nie miałam zamiaru się na to zdecydować, jest to jednak bardzo popularny kierunek turystyczny. Ale jak to jest w życiu, powiedz na głos o swoich planach, a życie zrobi Ci psikus Uśmiech

Wyjazd nie zapowiadał się intensywny, jest to wyspa i ze względu na to posiada ograniczoną ilość miejsc do zobaczenia oraz zwiedzenia. Jak zwykle należało zacząć od przeczytania przewodników, czy innych źródeł informacji o Teneryfie. Plan został wykonany, ale tym razem został zmodyfikowany wiele razy podczas podróży.

Nadszedł dzień wylotu. Wcześniej biegając zrobiliśmy resztę zakupów, w nocy pakowanie, mało snu, ale zadowoleni jesteśmy w drodze na lotnisko. Przyjaciel Marka – Marcin – zawozi nas do Pyrzowic, droga szybko mija. Decydujemy się zostawić kurtki zimowe w aucie Marcina, po co nam tam będą.

Stoimy z walizkami z perspektywą pierwszego wspólnego wyjazdu. No to zaczynamy, na początku odprawa, która pierwszy raz trwa tak długo. Marek, postrzegany jako dziennikarz z całym pakietem sprzętu fotografa oraz dźwiękowca poddany jest szczegółowej kontroli.

Szybkie śniadanie oraz zakupy na podróż i siedzimy w samolocie. Ponad pięć godzin lotu w samolocie tanich linii lotniczych nie jest miłą perspektywą. Ale to, co zobaczymy na miejscu rekompensuje trudy podróży. Trochę śpimy, trochę czytamy, trochę rozmawiamy. Całość psuje jedynie przeziębienie, które coraz bardziej daje się we znaki.

Moment, w którym widzimy po raz pierwszy górujący wśród chmur Teide, jest wyjątkowy.

Marek

To pierwsza poważna wspólna podróż. Aż zasiadłem do przewodników oraz blogów internetowych aby sobie możliwie przybliżyć skalę, powagę i rozmach nadciągających zjawisk. Garść faktów? Teneryfa to wyspa, w dodatku całkiem nieduża, za to pełna dużych przewyższeń, głębokich rozpadlin i wąwozów, ostrych podjazdów i jeszcze ostrzejszych zjazdów, ciągnących się w nieskończoność, skrzętnie upchanych po wszystkich kątach setek kilometrów serpentyn, na których człowiek chce w zapamiętaniu ukręcić kierownicę, a ta, złośliwie, i owszem, kręci się, ale ukręcić się już nie chce. Krajobraz jest tam tak spiętrzony, że sprawia wrażenie jak by wszędzie było pod górkę, do tego stopnia, że nawet z górki też jest pod górkę. Urokiem tego miejsca jest, że w zasadzie każdy zakątek wygląda jak by był przeniesiony z innej krainy. Centrum wyspy to wielki, surowy wulkan, o którym będę jeszcze się tu rozpisywał. Zresztą cała wyspa to wulkan, raz rażący nagą, spieczoną słońcem skałą a innym razem pokryty pierwotnym lasem pełnym pnączy, porostów i tajemnic. Jadąc tam czas spędzić można głównie na dwa sposoby – leżąc na sztucznie wysypanej żółtym piaskiem plaży w miejscowości przeznaczonej dla turystów bądź też zwiedzając. I to tę drugą opcję brałem pod uwagę. Dla tego też wynajęcie samochodu to absolutna podstawa, no i niezbędna wolność. Monika znalazła świetną opcję – Cicar ma świetną ofertę, pełne ubezpieczenie, dwóch kierowców i minimum obowiązków. Tutaj ważne słowo dla niedzielnych kierowców. Bardzo wiele dróg jest bardzo stromych i ciasnych, a trzeba się tam mijać z busami i autobusami. Można by pomyśleć, że jadąc spokojnie niby wszędzie się dojedzie, jedynie zajmie to więcej czasu. Otóż nie jest to takie proste. Co prawda lokalni jeżdżą spokojnie i nie naciskają na zderzak zgodnie z normą polskiego piekła drogi, jednak stromizny są tak wielkie, że nawet powolna ale nieumiejętna jazda z górki w błyskawicznym tempie potrafi zagotować hamulce i może stanowić duże zagrożenie. Po prostu trzeba wiedzieć jak bezpiecznie jeździć w górach a szczególnie jak zjeżdżać z góry. Teraz na temat wyboru samochodu. Raz, można dostać nie to, co się zamówiło, tylko ewentualnie lepsze. Trudno. Cena jest taka sama. Dwa, pozostaje dylemat z jakim silnikiem samochód wybrać? To bardzo proste, trzeba taki z dużymi hamulcami. Tak. Podjechać można z każdym silnikiem. Znacznie ważniejsze i niebezpieczne są zjazdy. Im mniejsze auto tym lepiej. Łatwiej się minąć i gdzieś wcisnąć. Dla fotografów ze statywami lepszą jednak opcją jest samochód z czterema lub pięcioma drzwiami. Widzieliśmy karawany terenówek, jednak nie znalazłem gdzie można by z nich zrobić właściwy, przewidziany przez ich konstruktorów użytek. Wyglądają i burczą rewelacyjnie, ale się niepotrzebnie człowiek umęczy i wypali masę paliwa. To jeszcze jakieś liczby podam. 1190 km w 7 dni ze średnią prędkością 41 km/h. Mimo, że bardzo męczące i wymagające, warte przejechania każdego kilometra, czasem po kilka czy kilkanaście razy. 

Zakwaterowanie[1] 

Monika

Wyjście z samolotu jest dla mnie wybawieniem. Od razu czuję różnicę temperatury. Uśmiecham się. Bierzemy wszystkie torby i udajemy się do miejsca odbioru zarezerwowanego auta. System wypożyczania jest zaskakująco prosty. Płacimy, dostajemy kluczyki, szukamy odpowiedniego numeru i stajemy się szczęśliwymi posiadaczami Opla o bardzo dziwnym kolorze. Pakujemy wszystkie graty do bagażnika, ja zmieniam obuwie. Wpisujemy adres do nawigacji i jedziemy do naszego domku. Po drodze na wszystko zwracamy uwagę, wszystko jest zupełnie inne. Zastygła lawa przykuwa moją uwagę. W głowie układają mi się obrazy do namalowania.

Nasze miejsce pobytu okazuje się bardzo małą wioską, mieszkanie znajduje się w małym budynku, pełnym innych mieszkańców, którzy, jak typowi Hiszpanie, są głośni i palą papierosy.

                                                                      Widok na ocean z naszego miejsca pobytu

Postanawiamy wyjść na spacer, okazuje się że mieszkamy tuż obok oceanu, mamy na niego widok z pokoju. Na brzegu znajdują się niesamowite twory skalne. Czarne plaże, kamienie wulkaniczne, chodzące kraby tworzą niesamowity klimat. Uzupełnieniem miłego początku wyjazdu jest domowe zwierzątko, które mieszka z nami – jaszczurka. Przynajmniej zje pająki i inne badziewia Uśmiech

Jeśli chodzi o lokalizację, to nie ma znaczenia w której części wyspy znajdzie się miejsce pobytu, różnicy jeśli chodzi o temperaturę, to można powiedzieć, że nie ma.

Marek

Żeby nie było, że jestem jakiś aspołeczny czy coś. Znaczy, tak po prawdzie, to trochę jestem. Hiszpanie to naród otwarty, pomocny i z gorącymi sercami, które często każą tym biedakom drzeć mordę w środku nocy, bo się jeden z drugim czymś podniecił. Druga sprawa to smród papierosów, które spopielane są przez lokalnych wszędzie, w dodatku na skalę przemysłową, produkując przy tym całe chmury paskudnego fetoru. Niefrasobliwość, dzwonienie i pukanie do drzwi o trzeciej w nocy i ogólny, tani rozgardiasz sprawia, że opcją wartą przemyślenia jest najęcie lokum bez współlokatorów. 

Słońcolubnym na zakwaterowanie polecam południe i centralne obrzeża wyspy. Dominują tu widoki pustynne. Nagie, spalone i zwietrzałe skały rozpadają się na skutek erozji, tworząc gruzowiska i sprawiając wrażenie straszliwego bałaganu podpadającego pod plac jakiejś chaotycznej i nieogarniętej budowy. No i do tego kępki trawy, która rośnie w takich uroczych, okrągłych plackach i to w taki sposób, że się one ze sobą nigdy ale to absolutnie nigdy nie stykają. Przeprowadzone badania pozwoliły dojść mi do wniosku, że te kępki to dlatego tak rosną, że mają pupę dookoła na zewnątrz i strasznie się krępują, robiąc co w ich mocy, aby tylko się owymi pupami nie zetknąć. Te same trawy można spotkać w kontynentalnej Hiszpanii, ciągną się tam po bezkresnych pustkowiach po sam horyzont. Północ wyspy jest bardziej pochmurna, deszczowa i chłodniejsza. Występuje warstwa humusu oraz normalne trawy, przykrywające i maskujące skalne rumowiska i nadając im pozór uporządkowania, do jakiego przyzwyczaiła nas Polska. Mieszkanie kilkaset metrów od oceanu jest bardzo przyjemne i cały dzień ładnie szumi oraz pachnie. Polecam. Polecam również uruchomienie mapy google w trybie satelitarnym i dokładne przyjrzenie się dwóm czynnikom. Pierwszy z nich to lotniska (są dwa) a co za tym idzie zanieczyszczony hałasem promień w ich bezpośredniej okolicy. Ważną rzeczą są korytarze, w których samoloty lądują i startują. Wystarczy zerknąć na ułożenie lotniska i widać gdzie można się spodziewać hałasu a ruch lotniczy odbywa się tam właściwie bez przerwy. Drugim szalenie ważnym i niesamowicie zdradliwym aspektem przestrzeni Teneryfy są dosłownie wszędobylskie plantacje bananów. Łatwo je na zdjęciach satelitarnych rozpoznać, z góry odbijają słońce, bo są zamaskowane siatką z tworzywa sztucznego. I o ile przez większą część czasu owe plantacje są zupełnie nieszkodliwe i te banany to nigdy nikomu nic, to raz na kiedy odbywa się tam proces bata i owe plantacje są nawożone. Jest to operacja prowadzona na szeroką, wojskową wręcz skalę i z wielkim, niczym nie skrępowanym rozmachem. Nawóz przewożony jest ciężkimi ładowarkami i całymi tonami rozrzucany po całej zainteresowanej okolicy, siejąc smród tak nieustępliwie przytłaczający i tak trudny do opisania, że nawet ja, mimo rozbudowanego aparatu językowego nie podejmę się choćby próby jego przybliżenia. 

Narodowy Park Teide

 

                                                                                          Widok spod Teide

Monika

W pierwszy dzień postanawiamy zrobić mały rekonesans. Wjeżdżamy na teren parku narodowego. W mojej głowie roi się wiele myśli, jak wyglądają wulkaniczne góry, jak będę się czuła na takiej wysokości, na jakiej wysokości znajdują się chmury. Kiedy docieramy i widzę klimat jak z innej planety, czerwono czarna przestrzeń, to zaskakuje mnie. Stoimy zadowoleni, patrzymy na najwyższy szczyt Hiszpanii. Marek pyta, czy może nie pojedziemy głębiej w krainę lawy. Odpowiadam: jutro, chcę tutaj spędzić dużo czasu.

Kupujemy bilety na kolejkę pod szczyt Teide. Czuję się dość rozczarowana, że dziwna polityka lokalna nie pozwala wejść na sam szczyt bez pozwolenia, a uzyskać pozwolenie można jedynie z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Rano wstajemy i szybko na kolejkę, oczywiście docieramy na styk. Marek dość odważnie prowadzi auto, ale zupełnie nie mam obaw siedząc, jako pasażer. Kolejka jest do kolejki, czekamy w niej, bo okazuje się, że jest opóźnienie. Wsiadamy do wagonika, kolejka dość szybko przemieszcza się, widoki są cudowne. Chmury znajdują się daleko w dole. Kiedy na górnej stacji wychodzimy na taras widokowy, staję jak wryta. Jest to niesamowity widok, Marek robi zdjęcia a ja próbuję nie dostać zawału od hałasu, jaki tworzą w ogromnej ilości ludzie. Z zazdrością patrzę na sam szczyt. Następnym razem na pewno tam wejdę. Marek dołącza do mnie i udajemy się na punkty widokowe, a następnie pomału schodzimy na dół. Widoki zmieniają się wraz ze zmniejszającą się wysokością. 

Kolory przechodzą od czarnego poprzez czerwienie i brązy do żółcieni. Najciekawszym miejscem okazuje się schronisko, w którym nic nie ma, to znaczy jest automat do kawy i batoników, tylko że nie ma wielkiego wyboru, no i jest toaleta do której nie ma kluczy, jest kuchnia, która jest zamknięta. Jest to dość ciekawe doświadczenie. Jak dobrze, że mamy termosik i banany Uśmiech

Szlak według mnie jest bardzo prosty, można rozglądać się dookoła, czasami patrząc pod nogi. Można spokojnie w ciągu jednego dnia zrobić trasę w górę i w dół. Maszeruję z plecakiem i nie czuję dyskomfortu. Jedynie na niższej wysokości potrzebuję zdjąć z siebie część ubrań.

Za każdym razem, kiedy tam wracamy, tzn. do parku narodowego Teide, odkrywam po raz kolejny jak niesamowitą jest on przestrzenią.

Marek wpada na pomysł, aby obejrzeć te rejony przy blasku księżyca. Kończy się na kilku wizytach w nocy. Za pierwszym razem nie jestem przygotowana i zamarzam po kilku minutach. Na szczęście równie pięknie wyglądają wulkaniczne góry, kiedy ogląda się je z auta przy zgaszonych światłach. 

Zachód słońca widziany innym razem powala mnie na łopatki. 

Jest to najlepsze miejsce, jakie widziałam, do medytacji…

Ostatnią noc spędzamy obserwując z wysokości ok 2,2 tyś m n.p.m wschód księżyca oraz miliardy gwiazd… Gwiazdy, konstelacje przypominają mi pewne zdarzenia sprzed paru lat… Odpływam patrząc na jaskrawe światełka na niebie… 

Marek

Wejście do Parku jest za darmo. Od razu widać brak naszej rodzimej zaradności życiowej. A jest to miejsce, w którym za wejście / wjazd zapłaciłbym kilkukrotnie. Bo warto. 

Na początek powiem krótko. To jest wielki wulkan. I robi eksplodujące wrażenie. A z racji że masakra, która się tam odbyła, nastąpiła stosunkowo niedawno, to surowość i nieokiełznaność   formacji skalnych przyprawia o zawrót głowy i zdecydowane klapnięcie sobie na własnych czterech literach. Tego nie da się zastąpić żadnym widokiem, nawet na centrum Sosnowca, przykro mi. Jeśli kręcą Cię rumowiska dziwokamieni to na Park warto wyasygnować przynajmniej kilka wizyt. Tego nie da się zobaczyć naraz. Tam trzeba pojechać o każdej porze dnia. I o każdej porze nocy. Warto wcelować w pełnię księżyca – na śmiałków, którym będzie się chciało wdrapać tam samochodem w środku nocy czeka coś pięknego, straszliwie surowego, przytłaczającego i ponadczasowego. Można by tam nakręcić planetę Riddicka. Aby sprawdzić rozkład jazdy księżyca można łatwo i wygodnie użyć programu TPE (The Photographer's Ephemeris).

Ciekawostką jest, że w każdym ważniejszym miejscu na wyspie niewinny turysta może odnaleźć od tak sobie stojące kierunkowskazy oznaczone „El Teide”, które to choćby swoją bezkierunkową natarczywością ostatecznie zmuszają zagubionego i skołowanego biedaka do skrętu. Później nic już nie jest takie samo. Centrum wyspy stanowił ogromny stratowulkan, który w pewnym momencie zapadł się w dół. W efekcie aktualny stożek wulkaniczny znajduje się w kalderze wulkanicznej. Będąc w środku widz zewsząd otoczony jest majestatycznym, postrzępionym łańcuchem górskim. Jest to jedno z takich miejsc, którego piękna nie są w stanie oddać maszynowe fotografie google street view. To po prostu trzeba zobaczyć, zatracić się i wypuścić w rumowiska.

Zmiany wysokości są bardzo duże. Idzie za tym gwałtowna zmiana temperatur oraz zmiany pogody. Nawet nie wspominam o konieczności przygotowania odpowiednich ubrań, filtrów UV i całej galaktyki pierdółek przydatnych w górskim terenie. Wypadało nam często nadkładać drogi, aby wracać przez kalderę i polować na pełnię księżyca. Polecam sprawdzanie kamerek internetowych, z zastrzeżeniem jednak, że jest to duży obszar, w dodatku ukształtowany w tak niejednorodny sposób, że nigdy nic nie wiadomo i lepiej sprawdzić osobiście aniżeli odpuścić. To, że po drodze, w niższych partiach była pełna pokrywa chmur w niczym nie przeszkadzało cieszyć się rozgwieżdżonym niebem z poziomu kaldery. 

Na samo Teide wjechać można kolejką. Widok zapiera dech i przez 9 minut podróży rozwija się i ukazuje w całym majestacie otwartej przestrzeni i surowych urwisk, za którymi widać ocean i sąsiednie wyspy. Dół kaldery zaś to pola zastygłej lawy, która zdaje się dopiero wczoraj zamarła, kamieniejąc i czerniejąc podczas swojego powolnego ruchu. Zamiast kolejką, można też wejść pieszo. Szmat drogi. Tak czy siak, żeby wejść na sam szczyt stożka wulkanu trzeba mieć pozwolenie. Czyli jak się chce podejść na sam szczyt kreatywnie, bez pozwolenia, to trzeba czaić się, przekradać, przedzierać pośród skał a wszystko po to, aby zamontowany tam strażnik ostatecznie zrobił hyc zza co bardziej powykręcanego kamcura i zaczął drzeć się straszliwie, że prohibido i że won. Niestety. 

Warto spędzić trochę czasu na poziomie górnej stacji kolejki. Widoki są oszałamiające i warto sobie dać czas na ich przełknięcie. Nasz plan zakładał wjechanie kolejką i zejście piesze. Wędrówka w dół w kierunku schroniska Altavista gwarantuje przejmujące widoki. Wokół roztacza się ogromne pole wielkich, czarnych i brązowych pumeksów i dziwoszamotów o kształtach tak ostrych, fantazyjnych i powykręcanych, że aż niemożliwych. W ogóle cały ten wulkan zrobiony jest z tego pumeksu i szlaki wielkopiecowej. Wszystko jest taką porowatą i lekką wydmuszką, która w dodatku strasznie się kurzy. Mówię wam, chińszczyzna, straszna tandeta, nie polecam, sami sobie zobaczcie. Dopiero po dłuższym czasie wędrówki w dół, gdy zeszliśmy znacznie poniżej stożka, okazało się że to pole niemiłosiernie potrzaskanego i spękanego pumeksu to jeden z jęzorów lawy, który się bardzo dokładnie rozkruszył na drobne, jak by pokaźnych rozmiarów banda trolli przez tysiąclecia pomieszkiwała na wulkanie i sukcesywnie rozdrabniała kamień po kamieniu do średnio takich wielkości auta dostawczego, bacząc jednocześnie, by pozyskiwane kształty były możliwie najbardziej ostre, nieregularne i pełne nawisów.

A schronisko? Osobliwość. W schronisku zamontowana jest całkiem duża ilość zupełnie niczego. Jak ktoś chce siusiu to musi zapodawać w krajobraz, nie ma najmniejszego zlituj. Można sobie zaklepać nocleg i wtedy legalnie i bez pozwolenia wyleźć na sam szczyt wulkanu, pod warunkiem sturlikania się ze stożka przed godziną bodaj 9 rano. Ze schroniska do górnej stacji kolejki jest daleko i stromo. Jak ktoś sobie łazi po górach to nie problem, jednak nocne hasanie po tym rumowisku nie jest dla każdego. Ja tam wolę jeździć samochodem. 

Dalsza droga w dół to pojawiające się kępki chęchów i zielonkawych dziwactw. Jest lżej, łagodniej i milej, jednakowoż należy mieć na względzie, że czy niżej czy wyżej, jest tam tak wysoko, że powietrze jest znacząco rzadsze i przy oddychaniu dostarczana jest mniejsza ilość tlenu. Zaziajać się ze szczętem to czasem krótka chwila nieuwagi, acz Monika okazała się być formą cyborga nieczułego na ten problem. Ciekawostką jest, iż u podnóża wulkanu spoczywają jaja wulkaniczne. To takie wielkie bomby wulkaniczne, tak wielkie, że starożytne dinozaury to musiały na nich w trakcie przerw w swoich wędrówkach wygodnie zasiadać i opierniczać zupełnie pokaźne ilości ichniej wałówy. Stojąc obok takiego pocisku wielkości pokoju w mieszkaniu można zdać sobie sprawę z nieustępliwego i przytłaczającego rozmiaru katastrofy, jaką spowodował w tym miejscu wulkan. 

Na koniec wycieczki niemiła niespodzianka, którą co prawda podpowiadała mi mapa, jednak upierdliwość i ryzyko były większe, niż można było przypuszczać. Okazuje się, że parking obsługujący dolną stację kolejki i parking na który schodzi się z wulkanu to dwie oddzielne, oddalone od siebie o kilka kilometrów instalacje, połączone krętą drogą bez żadnego pobocza. Oznacza to ni mniej ni więcej, że całe hordy turystów po zejściu z wulkanu cisną z buta centralnie po pasie ruchu, modląc się o łaski i pilnując żeby zmotoryzowani turyści trzymali się w odpowiedniej odległości. Normą jest, że z jednej strony za drewnianą barierką ochronną zieje przepaść najeżona ostrymi formami skalnymi a z drugiej strony asfalt dochodzi do pionowej ściany kamienia. Uciec nie ma ani gdzie, ani jak, a powożący z fantazją turyści wykazują rażącą bezrefleksyjność, przejeżdżając z dużą prędkością o kilkanaście centymetrów od piechura, aby pokazać jacy są fajni i ogarnięci. Inna sprawa, że to w ogóle rozwinięty kraj zachodni, więc od ogólnego kapitalizmu i dobrobytu ludzie łażą po drogach bezrefleksyjnie jak hordy zombie, nie pilnując trzymania się właściwej strony i kładąc lachę na elementarne choćby zasady bezpieczeństwa własnego. 

Park pokryty jest siatką ścieżek dla pieszych. Nie mieliśmy niestety czasu ich eksplorować, jednak jest to opcja warta rozważenia a pójście nawet kilkadziesiąt metrów w labirynt pumeksów i dziwacznych form skalnych, często znacznie wyższych  od człowieka, otacza widza ogłuszającym i odmiennym krajobrazem, z którym można pozostać w ciszy i spokoju. Droga podążająca przez kalderę zaopatrzona jest w dużą ilość punktów widokowych (Mirador), na których warto się zatrzymać. Każdy z nich jest inny a serce skradły mi punkt Boca Tauce umieszczony przy skrzyżowaniu dróg TF-21 i TF-38, z którego rozciąga się piękny widok na wulkan i otaczającą go panoramę, z pięknym pierwszym planem zbudowanym ze spękanej lawy oraz Minas de San Jose  przy drodze TF-21, w którym można nacieszyć się widokami rodem z Marsa. Dosłownie. Polecam po owych piaszczysto-skalnych polach pobiegać sobie przy pełni księżyca. Fantazja protestuje i zgłasza brak wskaźnika pozostałego tlenu a orientację zgubić można nazbyt łatwo przez wzgląd na nietypowe punkty odniesienia. Dość powiedzieć że na dystansie 250 metrów odchyliłem o 15 stopni co mi się normalnie nie zdarza a wybranie się na dalszą wyprawę w takich warunkach mogło by pociągnąć za sobą konieczność użycia zapasowego zestawu nóg.

Szczególnie majestatycznie wygląda wulkan i jego otoczenie w nocy, gdy przyprószony jest śniegiem a księżyc maluje krajobraz swym dalekim, zimnym światłem. Warto to zobaczyć, jednak trzeba być nocną duszą i lubić jeździć po ciemku.

Miasta 

 

                                                                                Adeje

Monika

Jeśli chodzi o miasta, to są one bardzo podobne. W sumie nie ma znaczenia, które zwiedzasz, każde ma małe centrum. Na placach rosną palmy a w ich sąsiedztwie w różnych ilościach znajdują się małe uliczki, które mam wrażenie są rozmieszczone w bardzo losowy sposób.

Stolica natomiast jest dość industrialnym miejscem, które nie do końca przypada mi do gustu. 

Zdecydowanie największe wrażenie zrobiły na mnie małe wioski, które znajdują się na stokach gór. Kolorowe budynki a obok pola bananów, czy innych roślin. 

Marek

Miasta jak miasta. Wszystkie takie same a każde inne. Raczej ładne, raczej uporządkowane, warto sobie popatrzeć wcześniej i ustrzelić faworytów. Bardzo spodobało mi się Garachico ze swoimi ciasnymi, stromymi, kolonialnymi uliczkami oraz aurą urokliwego spokoju i podniosłości dnia codziennego. Do tego piękne nadbrzeże zagospodarowane ludzką ręką, gdzie wody oceanu wdzierają się do labiryntu skalnych kanałów i jeziorek. Równie piękne jest San Cristóbal de La Laguna z wielką i zadbaną starówką i wszędobylską, akademicką atmosferą. Najwięcej frajdy miałem zaś w Icod de los Vinos, w którym chciałem zobaczyć Drago Millenario, wiekowe smocze drzewo.Okazało się jednak, że nawigacja przygotowała niespodziankę, która polegała na poprowadzeniu przez uliczki przewidziane dla skuterów a nie samochodów, w dodatku poprzekrzywiane totalnie na boki i wykazujące nieprzyzwoite spadki i wzniesienia. Ze smoczego drzewa nic nie wyszło, jednak labirynt wąziutkich uliczek i walka o każdy milimetr do tej pory są miłym wspomnieniem. 

Warto zajrzeć do stolic wyspy. W Santa Cruz De Tenerife piękne jest audytorium, a znajdujące się tuż obok betonowe falochrony pokryte są plejadą portretów znanych muzyków tworzących na przestrzeni dziejów. Natomiast w Puerto de la Cruz Monika wyczaiła wspaniałą indyjską restaurację Hindu Indian Express, którą bardzo polecam. 

Ciekawostką jest też system nawadniania, który znajduje się w losowych punktach wyspy, w tym również w miastach. Kuriozum owo osobliwe nie polega na tym, że jakieś tam rury sobie, ot, idą. O nie, nie. To było by zbyt proste. Proszę sobie wyobrazić wielką kupę stalowego złomu, rymniętą w pośpiechu i ze znacznej wysokości, która to zaległa w totalnym bezładzie i zastygła w stanie niemiłosiernego powykręcania i zasupłania, z którego to istnego kołtuna wystaje całe mrowie pokaźnych, trzycalowych rur ocynkowanych, gdzie absolutnie każda podąża w sobie tylko znaną stronę, bacząc uważnie, aby nie pokrywać się co do kierunku i kąta w najmniejszym stopniu z ani jedną z innych rur. Efektem jest osobliwy, stalowy samorost, powstały ze skrzyżowania stalowego, rurowego jeża z kontenerem zaworów i pomniejszych cudactw, od którego oglądania widz najsamprzód dostaje poplątania odnóży. Żeby to obsługiwać to trzeba mieć jakieś studia przynajmniej, albo coś. 

Masca 

Monika

Zaraz po zarzuceniu pierwszego spojrzenia na Teide jedziemy zobaczyć widok znany z każdego przewodnika. Droga jest nieziemska, zakręty, przewyższenia, mijające się auta na tak małych przestrzeniach. Pomału zachodzi słońce, a my delektujemy się kolejnymi cudownymi widokami, jakie stworzyła początkowo natura, a następnie ludzkość spowodowała, że można to zobaczyć. Jedynie silny wiatr uniemożliwia podziwianie widoków przez dłuższy czas. Po kolejnych pięknych widokach i tysiącach zakrętów docieramy w ostatnich promieniach słońca do wioski Masca. Cudne.

Wracamy tam oczywiście, ponieważ pięknie miejsca można oglądać wiele razy. Wtedy już zostajemy na dłuższy czas, jemy lody kaktusowe, ciastka i spacerujemy. W restauracji odkrywamy cudownie przetłumaczone menu na język polski Uśmiech 

Marek

Masca? Dzikie szaleństwo spiętrzonych skał, tysięcy wypasionych opuncji, ciasnych serpentyn i urwisk wypełnionych porywistym wiatrem wyciskającym łzy i wydzierającym z ciała ostatnie ciepło. Kiedyś, dawno temu, oglądałem to miejsce w street view w mapach google i byłem zachwycony. Rzeczywistość przerosła wszelkie przypuszczenia i wyobrażenia. To po prostu trzeba zobaczyć i to do tego stopnia, że nadłożyliśmy drogi i pojechali tam jeszcze raz. Pierwszy raz był o zachodzie słońca, kiedy to podziwiać można było wlewający się złoty, słoneczny blask, rozświetlający zalegające mgły pokrywające nieistotne dla wścibskiego oka detale zasypiającego krajobrazu. Za drugim razem było to południe, oferując zupełnie inne wrażenia. Aż chciało by się tam zamieszkać, do momentu, gdy weszliśmy głębiej i ze zdziwieniem zaobserwowałem subtelne fortyfikacje zajadle broniące resztek prywatności tambylców oraz tabliczkę z prośbą o nie filmowanie przy użyciu dronów przez wzgląd na życie codzienne i niezbędną każdemu człowiekowi intymność. Ale już kilometr dalej ... 

Anaga 

   

                                                                                       Las w górach Anaga

Monika

Dla mnie numer dwa na Teneryfie, znajduje się na liście atrakcji zaraz po Parku Teide. Zupełnie inny świat, świat pełen cieni, światła, zieleni oraz życia, którego nie ma w innych rejonach wyspy. Wybieramy jedną z dłuższych opcji spaceru. Nie mogę się napatrzeć na zupełnie inną przestrzeń. Jest wilgotno a zarazem ciepło, chociaż chłodniej niż w pozostałych częściach wyspy. Jedna rzecz przeszkadza mi, aby całkowicie oddać się otaczającej zieleni – pająki. Wystraszona rozglądam się po gałęziach. A stanu przedzawałowego doświadczam, kiedy w większej gęstwinie Marek zostawia mnie na chwilę, aby zejść ze szlaku i zanurkować w chaszcze. Zakładam kaptur i tłumaczę sobie, że one się mnie boją i sobie poszły.

Niedocenione są te rejony wyspy, labirynt liści, korzeni itp. A widoki pozwalają poczuć się bohaterem Władcy Pierścieni. I nie trzeba jechać do Nowej Zelandii Uśmiech

Miasteczka okalające góry Anaga są jak w Boliwii, chociaż nigdy tam nie byłam, a może jeszcze tam nie byłam. 

Marek

Ha, to dopiero jest las. Taki archetyp lasu pierwotnego. Nie to że jakieś tam drzewo czy dwa na krzyż coś udają, jest to cały ekosystem przenikających się i porastających wzajemnie roślin, tworzących niezwykły wprost klimat przesączony tajemniczym oparem niespotykanym nigdzie indziej. Ścieżki w tym lesie to starodawne trakty łączące pobliskie miejscowości. To bardzo ciekawe doświadczenie móc zanurzyć się w tej przestrzeni. W pewnym momencie planując trasę w to miejsce pojawiła się niepewność gdzie dokładnie znajduje się ten znany ze zdjęć las. Okazuje się to być bardzo proste – wystarczy udać się do Mirador Cruz Del Carmen, gdzie znajduje się punkt widokowy, restauracja oraz wejście na ścieżki, w tym część z nich jest przystosowana dla osób niepełnosprawnych.

Wyjątkowa infrastruktura drogowa 

Monika

Cudowne cudowności, nie dość, że dostarczą Ci adrenaliny, to jeszcze malują uśmiech na twarzy. Marek pod koniec wyjazdu stał się kierowcą numer 1 na wyspie. A ja za to nie tylko jeździłam po asfalcie między miastami, co w sumie nie jest sztuką, jak się kilka ładnych lat tylko jeździło w pracy. Ale co najważniejsze po górach Anaga to ja byłam kierowcą J Marek nauczył mnie jak sobie dawać radę w trudnym terenie Uśmiech

Marek

Drogi są tam naprawdę dobre. Dobrze i intuicyjnie oznaczone, solidne, nie spękane, dobrze utrzymane i wyraźnie pomalowane. I sprzątnięte. Poza zasięgiem polskiej rzeczywistości w skali przynajmniej na dwieście lat do przodu. Na tyle przejechanych kilometrów, poza obszarem Parku Anaga, odkryłem jedną dziurę. Za to w Parku Anaga przestałem je liczyć. Niestety, wilgotny klimat oraz wahania temperatury robią swoje i tam się nie pospieszy a  nawet można się pośliznąć na błocie. 

Słowo odnośnie trudności technicznej serpentyn. Drogi są bardzo dobrze obliczone. Mimo tego, że zakręty są niekiedy bardzo ostre, to są przewidywalne i stabilne. Są one absolutnie różne od zakrętów włoskich, w których jeden łuk potrafi być podstępnie złożony z 3 różnych, zacieśniających się coraz bardziej łuków, i gdy kierowca skoryguje do łuku drugiego i myśli że przejedzie przez zakręt, okazuje się, że niestety, jednak zabrakło połowy długości maski żeby przejechać bezpiecznie. Tutaj śmiało można się jednym skrętem kierownicy złożyć w zakręt i przejechać go na pewniaka, bez dokręcania czy korekty. Jest czasem ciasno, jednak dają radę się tam mijać i dwa autobusy, więc jadąc osobówką absolutnie nie ma co narzekać, trzeba mieć jedynie wyczucie gabarytu samochodu i szacunek dla innych. W najciaśniejszych serpentynach zawijki o 360 stopni posiadają dodatkową przestrzeń ułatwiającą wymijanie i odrobina uważności i dobrej woli znacząco ułatwia przemieszczanie. Często na ostrych serpentynach kierowcy trąbią w przestrzeń, ostrzegając potencjalnego, niewidocznego, a być może zbliżającego się właśnie do zakrętu z przeciwnej strony kierowcę. Serpentyny wymagają ciągłej, wysilonej uwagi. 

Roślinność 

  

                                                                                        Roślinność - fifulce

Monika

Jest tak różna i zmienna w zależności od części wyspy, wysokości itp. Zainspirowały mnie jedne drzewka, które są cudownie symetryczne J Nie mogłam się napatrzeć. No i wstyd się przyznać, ale banany rosnące od dołu mnie zaskoczyły. 

Marek

Dziwy i dziwolągi. Można tam spotkać na przykład fifulce. Są też pąkle. Są to tak kuriozalne dziwactwa, że trzeba to samodzielnie, na własne oczy zobaczyć i się zacukać. Ponoć w Parku Teide rosną jakieś straszliwe indywidua, tych jednak nie widziałem osobiście. Jakoś tak bardziej skupiałem się na skałach a i pora roku nie sprzyjała wybujałej wegetacji. 

Klify

Monika

Klify ładne, ale czy warte aż takiego rozgłosu. Według mnie to nie bardzo. Los Gigantes, które są wskazywane jako punkt obowiązkowy na Teneryfie nie powaliły mnie. Zdecydowanie wolałam malutkie klify obok naszego mieszkania. Cisza, ocean, lawa, kraby… 

Marek

Widok na Klify z El Mirador Archipenque potrafi zrobić wrażenie, owszem. Jednak jest to taka po prostu miła oku panorama, a Klify z ręki nie jedzą, więc dramatycznych wrażeń nie ma. Może jak by je tak z bliska zoczyć, to co innego by było. Zdecydowanie większe wrażenie zrobiły na mnie widoki ulokowane w okolicy Mascy, patrząc ze środka wąwozów w stronę oceanu. Ponoć wrażenie robią wycieczki pod Klify statkiem. Nie było czasu. 

Uzupełnienie

Monika

Wyspa oferuje szereg innych atrakcji, na przykład plaże, ale nie jestem odpowiednią osobą, aby się o nich wypowiadać. Powiem jedynie: są. No i liczne parki dla dzieci z wieloma atrakcjami, które omijane są przeze mnie. No i kaniony, na których miejscowi postanowili zrobić niezły interes. One są prawie wszędzie, ale niektóre znajdują się za bramką i trzeba kupić bilecik, a taki Park Narodowy nie wymaga płacenia za wejście. Ciężko jest mi to zrozumieć.

Kiedy nadszedł czas powrotu, to jest mi smutno. Rozumiem ludzi, którzy wyjeżdżają mieszkać na wyspy. To takie małe rajskie miejscówki na Ziemi. Kolejny miejsce, którego nie chciałam odwiedzić a pokochałam i wrócę tam, a chyba raczej wrócimy Uśmiech

Marek

Tak, zdecydowanie to kraina tysiąca krain. Czy jakoś tak. Za każdym zakrętem czai się coś niespodziewanego i niezwykłego jednocześnie, a gdy nieświadomy zagrożenia turysta wychynie już zza owego zakrętu, owo coś atakuje z pełną mocą i bez najmniejszej litości. Każdy fragment, zakątek, jest powalająco inny. Aparat ze statywem to konieczność. Podobnie jak niezależność w przemieszczaniu się, oraz spokojny czas i spokojna głowa. Owszem, można zwiedzać masowe atrakcje w postaci parków wodnych czy podobnych „osobliwości”, jednak umówmy się, park wodny zwykle mamy gdzieś pod nosem a takiego wulkanu już niestety nie. 

Należy zdać sobie sprawę z faktu, że plaże naturalne na Teneryfie to najczęściej totalnie dzikie zwałowisko kamieni, pumeksów i lawy, ciśniętych z wielkiej wysokości w ogólnym bezładzie i totalnym nieporządku. Zwykle absolutnie czarne. Bardzo osobliwy widok. Da się po tym chodzić, da się kąpać, jednak plaże z żółtym piaskiem to sztuczna ściema. Przykładem niech będzie plaża w San Andres, Playa De Las Teresitas. Przez te parę minut nie myślałem ściągać górskich butów a zamontowany przy brzegu plaży generator z silnikiem diesle'a całą przestrzeń wypełnia bezpretensjonalnym, monotonnym, basowym warczeniem. Idealne wczasy dla hutnika, takie, żeby nie zapomniał gwaru maszyn.

Podsumowanie

Jak widać nie tylko widzenie tego samego miejsca jest bardzo subiektywne, opisywanie tego samego wspomnienia również. Zdecydowanie pełniejsze staje się, kiedy jest zlepkiem dwóch różnych perspektyw i zapamiętanych szczegółów czy odczuć.



[1]  Kiedy przed wyjazdem zastanawialiśmy się nad lokalizacją, nie sądziłam, że jednak wybranie miejsca odosobnionego będzie nie do końca dobrym wyborem.

 

Monika Piśniak, Marek Czekaj

Galeria

  • Powiększ zdjęcie Teide

    Teide

  • Powiększ zdjęcie Cóż innego mozna robić w takich okolicznościach przyrody

    Cóż innego mozna robić w takich okolicznościach przyrody

  • Powiększ zdjęcie Dolny etap szlaku z Teide

    Dolny etap szlaku z Teide

  • Powiększ zdjęcie Jaja wulkaniczne - proszę znaleźć turystów

    Jaja wulkaniczne - proszę znaleźć turystów

  • Powiększ zdjęcie Droga do Masca

    Droga do Masca

  • Powiększ zdjęcie Masca

    Masca

  • Powiększ zdjęcie Adeje - widok na wąwozy

    Adeje - widok na wąwozy

  • Powiększ zdjęcie Góry Anaga

    Góry Anaga

  • Powiększ zdjęcie Porośnięte drzewo w górach Anaga

    Porośnięte drzewo w górach Anaga

  • Powiększ zdjęcie Audytorium - stolica

    Audytorium - stolica

  • Powiększ zdjęcie Widok z Audytorium

    Widok z Audytorium

  • Powiększ zdjęcie Klify Los Gigantos

    Klify Los Gigantos