Zachłanność na życie Grażyny Ochenkowskiej

  • Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
29 marca 2019

W środę 20 marca w częstochowskim Gaude Mater odbyło się spotkanie autorskie z Grażyną Ochenkowską, autorką debiutanckiej książki pt. „Zapach czerwonych róż”. Mottem książki jest przesłanie „Nigdy nie jest za późno, by zacząć wszystko od nowa”. Z autorką rozmawiała Sylwia Góra.

Sylwia Góra: Przeszła Pani długą i trudną drogę, aby móc dziś powiedzieć: „udało mi się” i właśnie o tej drodze chcę porozmawiać. Jednak zacznijmy od tego, co Panią skłoniło, żeby napisać tę książkę?

Grażyna Ochenkowska: Co mnie skłoniło do napisania książki.. Powodów było wiele... chciałam, żeby moja mama była  ze mnie dumna.  Ona nie miała łatwego życia. Jej życie nie było usłane płatkami róż lecz kolcami, poza tym chciałam zrealizować marzenie z dzieciństwa. Kiedyś przeczytałam, że nieważne, ile mamy na koncie, ważne, co zrobimy w życiu. Przede wszystkim trzeba zastanowić się nad tym, co chcemy osiągnąć w życiu, kim chcemy być, co jest dla nas ważne.. i podjąć działania, żeby to osiągnąć. Starałam się zrobić coś, co pozostanie na dłużej. Mam nadzieję, że każdy czytelnik, który sięgnie po książkę, poczuje siłę, poczuje, że każdy zakręt, który pojawia się na drodze do celu, do zrealizowania marzenia, można pokonać. Musimy wyznaczać sobie cele i cały czas do nich dążyć.

S.G. Czy dzisiaj powiedziałaby Pani o sobie, że jest kobietą sukcesu? To słowo ma wiele definicji, a jak wygląda to u Pani?

G.O. (uśmiech): Jeszcze jest dużo rzeczy, które chciałabym osiągnąć i kiedy je osiągnę, będę się uważała za kobietę sukcesu. Na pewno jestem dumna z wielu rzeczy, z którymi sobie poradziłam, nie poddałam się, a mogłam. Bo zawsze są dwie drogi: można się poddać i nic nie robić albo walczyć i sięgać po swoje marzenia. Dziś jednak.. Nie, nie uważam się za kobietę sukcesu, jeszcze nie..

S.G. A co jeszcze musiałaby Pani osiągnąć, żeby się nią nazwać? Na swojej drodze musiała Pani pokonać wiele przeszkód – prywatnych, zawodowych. Jednak wyszła z nich Pani obronną ręką. Mogło być inaczej – załamanie, zniechęcenie., a jednak Pani poszła dalej.

G.O. Ja się obracam w różnych środowiskach, jeżdżę na szkolenia, inwestuję w rozwój osobisty, to daje mi wiedzę i siłę, której potrzebuję do realizacji swoich marzeń. Poznaję ludzi, którzy mieli podobne problemy lub jeszcze gorsze a mimo to odnieśli sukces, od nich również czerpię siłę. Wielokrotnie miałam przyjemność poznać ludzi niezwykle zamożnych, mających po kilkanaście milionów na koncie, ludzi którzy wydali po kilka książek, czasami przy nich czuję  się  zupełnie mała, a mimo to, czerpię od nich inspirację i walczę o marzenia. Kobiety zdecydowanie powinny popracować nad docenianiem siebie, nagradzać się za zrealizowanie nawet najmniejszego celu, wówczas będą odnosiły wielkie sukcesy.

S,G. Nieprzypadkowo nazywam Panią kobietą sukcesu. Choć płeć nie powinna mieć znaczenia, to jednak na różnych konferencjach, w programach telewizyjnych i w dyskursie publicznym mamy przewagę mężczyzn. To oni są naukowcami, ekspertami, oni się wypowiadają. Natomiast kobiet jest o wiele mniej. Czy kobietom jest trudniej odnieść sukces nawet w dzisiejszym świecie?

G.O. Na pewno tak. Ale bardzo często nam kobietom brakuje odwagi, by tak naprawdę zawalczyć o swoje marzenia. Pomyślałam więc (uśmiech), że mam już tego dość i że zrobię coś, co pomoże tym różnym kobietom pokazać się światu. I to jest moje nowe dziecko, w tej chwili jest jeszcze malusieńkie. Koalicja Kobiet Kreacyjnych, K3, stowarzyszenie, które w tej chwili jest w fazie rejestracji. Ma połączyć kobiety z pasją. Bo wiele z nas ma cudowne pasję, ale nie każda umie być przedsiębiorcza i nie każda nawet zdaje sobie sprawę, że to, co robi, to jest pasja. Więc chcę wyszukiwać, wyłuskiwać takie kobiety z różnych środowisk i pokazywać je światu. A jednocześnie uświadamiać im, jak te ich pasje pokazać innym, jak nimi innych inspirować. I jak się dzięki temu wznosić. Dlatego w logo stowarzyszenia jest kobieta ze skrzydłami. Informacje o nas można już znaleźć na Facebooku.

12 kwietnia br. w USC organizujemy spotkanie inauguracyjne,  na które zapraszamy już dziś każdą kobietę mającą jakiekolwiek pasje. Chciałabym, aby wśród nich znalazła się grupa odważnych, które zgodzą się opowiedzieć innym o tym, co kochają, co sprawia im radość, co daje chęć do życia.

S.G. A czym się będzie zajmować stowarzyszenie? Jakieś spotkania, konferencje, wspólne wyjazdy? Jakie są plany?

G.O. Dokładnie tak. Także śniadania, albo… wieczorki (śmiech). W dalszej perspektywie wspólne wyjazdy, ale na nie i na wiele różnych rzeczy będziemy musiały zbierać pieniądze. Póki co, będziemy szukać kobiet, które będą chciały być z nami i będą chciały pokazać swoją pasję. Później zorganizujemy warsztaty.

S.G. A jakie są Pani doświadczenia z perspektywy ostatnich lat? Wiem, że działa Pani nie tylko w Częstochowie, ale także we Wrocławiu. Czy kobiety potrzebują takiego miejsca, szukają, a jednocześnie trochę się boją, że nie są wystarczająco interesujące, żeby się pokazać publicznie?

G.O. Mieszkałam we Wrocławiu prawie trzy lata, ale też w Częstochowie, nie opuszczę Częstochowy. Mam tu swoje mieszkanie, cudownych przyjaciół. We Wrocławiu byłam ambasadorką Czerwonej Szpilki. To organizacja zrzeszająca kobiety przedsiębiorcze, to elitarny klub. Czerwona Szpilka ma też swoje wydawnictwo, w nim właśnie wydałam swoją książkę. We Wrocławiu jest mnóstwo takich organizacji. W tym roku nie przedłużyłam swojego członkostwa w Czerwonej Szpilce, pomyślałam bowiem, że podobną organizację mogę powołać w Częstochowie. Kiedy ostatnio byłam na pewnym spotkaniu, gdzie wspomniałam o swoim pomyśle…,od ręki, natychmiast swoje zainteresowanie zgłosiło co najmniej  kilkanaście pań. Bardzo trudno zrobić coś wielkiego w pojedynkę, ale jeśli się zrzeszymy, to w grupie, która ma wspólny cel, stajemy się  silniejsze. W tej grupie będziemy wybierać najsilniejsze, najbardziej odważne do pracy z innymi. To cudowna  praca, chociaż nieraz trudna.

S.G. No właśnie – praca z ludźmi. Ludzie, których Pani spotkała na swojej drodze nie zawsze byli pomocni, czasem wręcz przeciwnie. Co było najtrudniejsze na tej drodze, czy był jakiś moment załamania, a może zastanowienia się nad tym czy warto dalej iść w wybranym kierunku?

G.O. Ja w życiu miałam i pod górkę, i z górki. Chyba większość tak ma (uśmiech).  Spotykałam wielu ludzi, jedni mi chcieli pomóc, inni… przeszkodzić. Chodziażby ci, którzy okradli mi biuro, gdy ja byłam w szpitalu. Tylko na trzy dni, to jednak wystarczyło, bym wszystko straciła. Natomiast skąd się wzięłam w Częstochowie… Przyjechałam tu z drugiego końca Polski za mężem, wojskowym.. Za mundurem panny sznurem, tak? (Uśmiech). Tutaj się osiedliłam, znalazłam sposób na życie. Związałam się z firmą marketingu sieciowego. Bardzo się zaangażowałam, wiedziałam, że jest to moja szansa, mogę być kimś, mogę zdobyć niezależność finansową, rozwinąć się nie tylko zawodowo, ale też osobiście. Tak do tego podeszłam. Wypracowałam sobie pewien poziom i z tego żyję do dzisiaj. Do tego mogę też realizować wiele innych pasji i tym, co osiągnęłam chcę się też dzielić. Zwłaszcza, że… otarłam się o śmierć, a do dziś odczuwam konsekwencje tego „spotkania”. Widocznie jednak Bóg miał wobec mnie jakiś plan  (uśmiech). Byłam bardzo poważnie chora i gdyby nie moja praca, duże grono znajomych, możliwe, że bym się poddała. Bo nie mam tu swojej  rodziny, a dla męża… przestałam być atrakcyjna. Zostałam sama z dwójką dzieci, w chwili, gdy wcale jeszcze nie było wiadomo, czy pokonam raka, czy on mnie. Miałam jednak do wyboru: poddać się czy walczyć? Wybrałam to drugie. Wolałam walczyć, robić rzeczy, których nie było mi wolno. Ale swoją postawą, tym, co robiłam, pociągnęłam za sobą inne… amazonki. Tak, jestem amazonką, kobietą po mastektomii. I co z tego wynika? Tak naprawdę nic. W dalszym ciągu jestem kobietą, mam swoje pragnienia i potrzeby. Na przykład bardzo chciałam pływać, więc chodziłam na basen. Chociaż wtedy lekarze twierdzili, że amazonki nie powinny. A dlaczego? Lekarz też może się pomylić, trzeba słuchać swojego organizmu. I choć podczas suszenia po wyjściu z wody, włosy mi się sypały na podłogę i słyszałam wiele niemiłych komentarzy pod moim adresem, to nie zwracałam na nie uwagi. A przecież też mogłam się poddać, zrezygnować. Wiedziałam jednak, że w tej chorobie najważniejsze jest mocne, pozytywne nastawienie. Trzeba się śmiać, koncentrować na tym, co jest miłe, co daje radość. Pływałam, inne zaczynały mnie naśladować… Dziś zajęcia na pływalni mamy nawet refundowane.

S.G. Czy jest jakaś decyzja, której Pani żałuje?

G.O. (dłuższa chwila zastanowienia). Trudne pytanie... Czy ja czegoś żałuje? Jestem otwarta na życie, na ludzi, ludzie mnie bardzo inspirują. Widząc ich działania, czuję, że ja też mogę. Ja też tak chcę! I nawet, jeśli mi nie wychodzi, to jednak próbuję. Kiedy coś bardzo mnie zainspiruję, zaraz zapisuję się na jakieś kursy, by mieć większą wiedzę, by to rozwinąć. Więc… chyba jednak niczego nie żałuję.

S.G. Jest Pani bardzo szczęśliwą kobietą.

G.O. Tak, to prawda. Jestem szczęśliwa.

S.G.  Zwykle powtarza się, że sukcesy dodają nam skrzydeł, a niepowodzenia przeciwnie. Czy były jakieś potknięcia, które czegoś Panią nauczyły i wniosły coś pozytywnego?

G.O. W życiu doświadczyłam wielu porażek, było wiele potknięć, bo ja jestem uparta, strasznie. Po prostu muszę sama sprawdzić i wyrobić sobie zdanie na swoich błędach. Co nie zawsze jest dobre!. Bo ja często myślę tak: ok.., ktoś popełnił błąd, ale ja spróbuję, może mnie się uda. Czasami nie wychodzi to na dobre, oj nie. Dlatego nauczyłam się nie poddawać mimo porażek, być wytrwałą i cały czas próbować, robić coś, co wydaje się trudne, bo trudności nas rozwijają. Jeżeli chce się coś osiągnąć, trzeba mieć cel, motywację i ogromną determinację, bo ona pozwala przetrwać niepowodzenia. Sama motywacja może się „obrazić” i nas opuścić. Tak bywa, niejednokrotnie. Cel też musi być mocny i wyraźny, ale determinacja jest najważniejsza. Kiedy jeżdżę na te różne szkolenia z mentorami, czerpię od nich niesamowitą energię. To pozwala mi podejmować odważne decyzje.

S.G. Co zainspirowało Panią do powołania Koalicji Kobiet Kreacyjnych?

G.O. Może to, że obserwując działania Czerwonej Szpilki zastanowiłam się, czy szanse powinny mieć tylko kobiety zamożne. A co z tymi, które są mniej zamożne, a robią coś pięknego, lecz nie mają odwagi, żeby to pokazać światu.

S.G. My kobiety boimy się porażki, ale mamy trochę też tak, że boimy się sukcesu. Że może go nie udźwigniemy i może nas przerośnie. Jak było w Pani przypadku? Uściślijmy może dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą - mówimy tu też o tych dodatkowych działaniach, sukcesach jak rehabilitacja z hula hoop…

G.O. Kręcić hula hoopem nauczył mnie mój wnuk. Miał wówczas pięć lat, teraz ma piętnaście i pół. Początkowo była to dla mnie zabawa, ot, takie sobie kręcenie kółkiem na biodrach. Poważne podejście do hula hoop zaczęło się, gdy złamałam nogę i mogłam ćwiczyć, stojąc tylko na jednej nodze, bo druga noga leżała na kanapie. Wtedy okazało się, że za bardzo obciążałam biodro. Usiadłam więc na podłodze i zaczęłam wymyślać różne ćwiczenia. Moja obręcz, którą znalazłam w sklepie, a można ją kupić w sklepach sportowych, ale też i na allegro, waży 1,25 kg, składa się z ośmiu elementów i ma na całym obwodzie  kulki masujące - ważne jest, żeby w kulkach były magnesiki. Wtedy jest skuteczna, ponieważ kiedy się ćwiczy, masuje ciało. Obręcz można dostosować do swojego wzrostu. Po tych ćwiczeniach szybko odzyskałam sprawność w nodze, poprawiła mi się figura i pomyślałam, że mogłabym je komuś pokazać. Napisałam do Ministerstwa Zdrowia. W bardzo krótkim czasie dostałam odpowiedź, że to świetny pomysł, ale powinien przejść procedurę rekomendacji. Zestaw ćwiczeń zaprezentowałam więc - z duszą na ramieniu, wyznaję – na oddziale rehabilitacji w szpitalu na Parkitce. Dostałam same pozytywne opinie, a pan ordynator zasugerował mi wydanie folderu z ćwiczeniami. Kiedy zaś z ministerstwa otrzymałam list z gratulacjami, stwierdziłam, że nie ma innej drogi, trzeba zająć się tym na serio. Jako pierwszy ukazał się taki mini poradnik „Zdrowie i piękno”, ale nie był zbyt udany, więc nie warto o nim mówić. Teraz w „Zapachu czerwonych róż” znajduje się cała część poświęcona ćwiczeniom z  hula hoop. Ćwiczenia naprawdę może wykonywać każdy, stosuje się je dla urody i zdrowia: po udarach, przy wadach postawy czy przy bólach kręgosłupa. Polecam ten rodzaj aktywności. I wiem, że kobiety, które zaczynają ćwiczyć, nie mogą już przestać.

S.G. Chciałam też zapytać, co Panią najbardziej motywuje do dalszego działania, podejmowania nowych wyzwań, jak na przykład praca w stowarzyszeniu? Czy ma Pani taki najważniejszy motywator w swoim życiu?

G.O. Ludzie, którzy wyszli z choroby nowotworowej są bardzo zachłanni na życie. Ja też taka jestem. Nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu, stale szukam nowych działań, nowych wyzwań. A co mnie motywuje? Uśmiech mojej mamy i moich dzieci, chcę żeby byli ze mnie dumni. Ja też potrafię samą siebie dobrze zmotywować. Oglądam różne filmy, jeżdżę na szkolenia, czytam książki o rozwoju osobistym, biografie, uczę się gry na pianinie. To wszystko nakręca mnie do działania, po prostu chcę żyć pełną piersią. Nie chcę siedzieć w kącie i narzekać, że coś mi nie wyszło. Jak mi coś nie wychodzi albo czuję, że wpadam w stagnację, natychmiast zaczynam wymyślać dla siebie coś nowego. Bywa też tak, że z kimś rozmawiam i nagle pada jedno słowo, dosłownie jedno słowo, a już świeci mi się lampka: o! zrobię to tak. Myślę, że to właśnie ta zachłanność na życie. Wiem, że jest bardzo kruche, nie wiadomo, ile czasu ma się przed sobą, trzeba więc korzystać z każdego dnia, z każdej godziny i minuty.

S.G. Jest Pani bardzo aktywna na wielu polach zawodowych, ale czy pamięta Pani swoją pierwszą pracę, pierwsze zarobione pieniądze i na co je Pani wydała?

G.O. Tak, pierwszej pracy się nie zapomina. Pierwsza praca, pierwsze mieszkanie, pierwszy chłopak, pierwsza miłość… Tak, miałam wtedy czternaście lat, pracowałam bardzo ciężko w szkółce leśnej. Musiałam, bo w domu się nie przelewało i trzeba było zasilić rodzinny budżet. Dostałam wtedy.. kilka tysięcy?.. nie pamiętam, to było tak dawno! No i pieniądze miały inną wartość. Byłam bardzo dumna, kiedy przyniosłam do domu ten pierwszy zarobek. Mama oddała mi z niego jakąś tam część, a ja kupiłam sobie materiał na wymarzone spodnie. Dałam krawcowej do uszycia… Tylko… tylko tego materiału było za mało i ona mi uszyła strasznie krótkie spodnie, przed kostki, a wtedy się takich nie nosiło. Boże, jak ja się w szkole wstydziłam! Inne dziewczynki postrojone, a ja… jakbym zabrała spodnie młodszej siostrze.

S.G. Powiedziała już Pani trochę o dzieciństwie, a ja mam takie pytanie: wychowanie ma wpływ na późniejsze życie zawodowe - prawda czy fałsz?

G.O.Oczywiście, że prawda. Nie w każdym domu wszyscy mają parcie na biznes. To nie znaczy, że to jest złe, można żyć spokojnie. Wiadomo, że jeśli się prowadzi  jakąś działalność, chce się osiągać cele, wymaga to zaangażowania, zdarzają się porażki, które rzutują na samopoczucie... W moim rodzinnym domu nie mówiło się o karierach, rozwoju, wybijaniu się, ważne było, aby było co jeść, w co się ubrać. Ale mieliśmy w domu dużo książek, a ja bardzo lubiłam czytać. I w nich odkrywałam inne światy, z nich wyciągałam nauki, na przykład, żeby dążyć do stania się „kimś”, aby robić w życiu coś ważnego, co po nas pozostanie… Ponadto, mieszkałam na Mazurach, w takiej turystycznej wsi, do której przyjeżdżało mnóstwo ludzi. Turyści opowiadali o innym życiu, o wojażach, miejscach zupełnie niezwykłych.  A ja, siedząc w kącie, z otwartą buzią słuchałam i czułam, że ja też tak chcę! Też tak chcę!  I uciekłam stamtąd. Owszem, kocham Mazury, tam jest tak pięknie, odpocząć można cudownie, owszem, odwiedzam swoją wieś, … ale mieszkać już bym tam nie chciała.

S.G. Gdyby się Pani mogła cofnąć w czasie, lecz wiedziałaby Pani to, co teraz Pani wie, to co by Pani sobie powiedziała, przed czym by się Pani ostrzegła, coś sobie doradziła, jakoś zmotywowała?

G.O. Co bym zmieniła? Chyba niewiele. Tylko męża (śmiech), bo bym wiedziała, że mnie zostawi w chorobie. Mając trzydzieści pięć lat związałam się z firmą marketingu sieciowego. Pracę w niej traktowałam jako wielką szansę i tej  bym nie zmieniła na pewno. Ale… ale może jeszcze wykształcenie, wybrałabym się na jakieś studia. Cały czas mi tego brakuje, dlatego ciągle się dokształcam. Niestety, kiedy byłam młoda, nie miałam takich możliwości jak teraz, za to dziś chętnie jeżdżę na szkolenia.

S.G. Wiele kobiet myśli o działalności, ale powstrzymuje je strach przed niepowodzeniem, przed jakąś niewiadomą. Co by Pani poradziła dzisiaj takim kobietom?

G.O. Wiecie jak ja się bałam? Ja się zawsze boję. Ale strach jest wielki, strasznie wielki tylko wtedy, gdy mu na to pozwolimy. Jeśli podejmujemy jakieś działanie, wtedy, gdy musimy je podjąć, to strach ucieka. Dlatego nie pozwólmy, aby strach zawładnął naszym życiem. Po prostu trzeba podjąć działanie.

S.G. Na spotkania takie jak to z pewnością przychodzą przede wszystkim kobiety, które opowiadają o swoich pasjach i okazuje się, że mają całkiem sporo talentów, dzielą się swoimi historiami. Czego Pani udało się dowiedzieć dzięki takim spotkaniom?

G.O. Kobiety mają potworny problem z docenianiem siebie. Uważają, że jeżeli zajmują się czymś, co wykracza poza codzienne obowiązki, robią to tylko dla siebie, wstydzą się pokazać innym, bo w ogóle komu to się może podobać? Jeśli coś robimy z radością, miłością, zaangażowaniem, to jest pasja. Miejmy odwagę o niej mówić, pokazywać rezultaty, efekty. Jeśli oglądaliśmy film, który nam się spodobał, to zaraz o tym komuś opowiadamy, przekazujemy swoje emocje. A jeśli robimy coś z zamiłowaniem, malujemy, haftujemy, gotujemy, cokolwiek, to dlaczego nie mamy odwagi pokazać tego światu? A przecież mogłoby to dodać sił, wręcz uskrzydlić, stworzyć nowe możliwości w życiu.

S.G. No właśnie. Może ma Pani jakąś receptę, jak odkryć swoją pasję, jak zmienić ją jednocześnie w pracę?

G.O. Recepty na odkrycie swojej pasji chyba nie ma. Każdy odnajduje ją w inny sposób. A kiedy odnajdzie – wie, że „to to”. Bo pasja nas porywa, wypełnia, nie pozwala zajmować się niczym innym. Pasję można porównać do… miłości. A jeśli można z niej uczynić sposób zarabiania na życie, to… już się nigdy nie będzie pracować. Bo praca z pasją, z pasji, to nie praca tylko radość.

S.G. Pani na pewno jest kobietą z całkiem sporą liczbą pasji. Ale zakładam, że planów jest jeszcze dużo. Dlatego na koniec chciałabym jeszcze zapytać, jakie jeszcze cele, jakie marzenia i jakie plany?

G.O. Marzeń i planów mam wiele. Chyba nawet wszystkich nie wymienię. Największe marzenie dotyczy oczywiście organizacji, którą tworzymy. Żeby prężnie działała i osiągała sukcesy w swoim podstawowym celu, czyli dowartościowywaniu kobiet. Będzie nam na to potrzeba dużych funduszy, więc planuję pozyskiwać sponsorów. Dla siebie, tak całkiem prywatnie, marzę, aby nauczyć się gry na pianinie. I zamierzam tego dokonać w tym roku, więc jest to nie tylko marzenie, ale i plan. Chciałabym, żeby mój wnuk zdał maturę… Pragnę też napisać drugą książkę. To marzenie zaczęłam wcielać w życie, kilka rozdziałów już powstało. No i chciałabym każdego dnia spotykać cudownych ludzi, przepełnionych dobrą energią, która mi się udziela. Z takich spotkań jak dziś wychodzę bardzo szczęśliwa.

Dziękujemy  za rozmowę!

 

Grażyna Ochenkowska – Pochodzi z Mazur, do Częstochowy przeniosła się na początku swojego małżeństwa. Wychowała dwójkę dorosłych już dzieci. Obecnie dzieli mieszkanie pomiędzy Częstochową a Wrocławiem. Swoje życie zawodowe rozpoczęła jako krawcowa, a potem związała się z globalną firmą marketingu sieciowego, gdzie osiągnęła sukces zawodowy i finansowy. Nieustannie rozwija się, zdobywa nową wiedzę i podejmuje nowe wyzwania. Zaraża spotykanych ludzi swoją energią i entuzjazmem, ale też dużo zyskuje od nich. Zmagała się z nowotworem, jest amazonką. Propaguje zdrowy styl życia, przygotowała i opublikowała zestaw ćwiczeń z hula hoop. Napisała swoją pierwszą książkę i planuje drugą. Chce też wspomóc inne utalentowane, choć mniej przebojowe kobiety, zakładając Koalicję Kobiet Kreacyjnych. Można obserwować profil autorki na facebooku

 

opr. ESWI

Galeria

  • Powiększ zdjęcie Zapach czerwonych róż

    Zapach czerwonych róż

  • Powiększ zdjęcie Grażyna Ochenkowska (z lewej) i Sylwia Góra

    Grażyna Ochenkowska (z lewej) i Sylwia Góra

  • Powiększ zdjęcie W przerwach rozmowy - popisy fortepianowe

    W przerwach rozmowy - popisy fortepianowe