Chwile uroczego odprężenia

  • Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
4 października 2019

Mamy gorący okres przed wyborami parlamentarnymi. Emocje w prasie, w internecie, na forach społecznościowych. Gra idzie o wielką stawkę i dyskusja toczy się prawie na „ostrzu noża”, często są mylone pojęcia i przekręcanie ich znaczeń. Mało kto zwraca uwagę na to, jak na tym cierpi kultura wypowiedzi, kultura naszego języka, jakby to było w tym wszystkim najmniej istotne. A jednak jest książka na ten temat, która może bawić i rozśmieszać, choć użyty w niej język jest poprawny i elegancki.

W tym rozgardiaszu wpadła mi w rękę książka Michała Rusinka „Pypcie na języku”. Znacie Michała Rusinka? To były sekretarz Wisławy Szymborskiej, swego czasu wprawił w konsternację użytkowników kont mailowych, poddając w wątpliwość poprawność używania słowa „Witaj” w nagłówku pisanych przez nich maili. Urodzony w 1972 roku nie jest jakimś zgrzybiałym staruszkiem, ale jego profesjonalna znajomość języka polskiego i obserwacje z tym związane powoduje, że książka ta złożona z felietonów na ten temat (z lat 2013-2016)  jest bardzo sympatyczną odskocznią od rozbuchanych emocji. Jest też pełna zabawnych anegdot, zwracających uwagę, jakie zamieszanie w znaczeniu słów i ich zrozumieniu, wprowadza kontekst współczesny, obyczajowy i skróty myślowe, powstające w trakcie obiegu społecznego słów i utartych zwrotów.

„Chodzi o świadomość, że nasz świat składa się nie tylko z rzeczy, ale i ze słów, które nie są tym rzeczom podporządkowane jako ich znaki, ale są równouprawnionym materiałem budulcowym. Dzięki tak rozumianej świadomości świat jest o wiele bogatszy, a przyglądanie się temu, co dzieje się między jego słownymi i niesłownymi elementami, może dostarczyć nam wiele radości. Również radości poznawczej, bo głęboko wierzę, że ona istnieje.” – pisze Autor we wstępie.

Felietony, każdy nie dłuższy niż dwie strony tej książki, można sobie dawkować jak cukierki na osłodę chwil wolnych od innych zajęć. W każdym znajdziemy historyjkę z niefortunnie użytym słowem lub zagadką językową. Znana językoznawczyni Katarzyna Kłosińska poleca lekturę pisząc:

„To opowieści, właściwie błahe, lecz nakreślone z prawdziwym mistrzostwem, są obrazkami naszej codzienności wplecionej w język i naszego języka wplecionego w codzienność. (…) Rusinek zdradza ogromną czułość wobec języka i fascynację jego przewrotnością.”

Mnie spodobała się jeszcze taka myśl, z felietonu pt. Tort: „Mam nawet wrażenie, że młodzi ludzie wprawdzie bardzo, o wiele bardziej niż kiedyś dbają o swój wizerunek, ale przy tym zapominają, że język także jest ważnym jego elementem, a słowo „styl” dotyczy w równym stopniu stroju, jak i wypowiedzi.” A tytułowy tort, z okazji jubileuszu biblioteki, w kształcie otwartej księgi został wręczony obdarowanej ze słowami: „Pani dyrektor! Mam nadzieję, że ten tort będzie dla pani pamiątką na długie lata.”

W książce znajdziemy jeszcze wiele innych zabawnych i wieloznacznych lapsusów językowych. Na przykład co oznaczać może słowo „wihajster” albo ciekawostka, jaki oksymoron pojawił się w Częstochowie za sprawą dzieła, które reklamuje się jako przypadek zapisany w księdze rekordów Guinnessa.

Książkę wydało Wydawnictwo Agora w 2017 r.

ESWI

Galeria

  • Powiększ zdjęcie Pypcie na języku

    Pypcie na języku