Oczami Moniki: Finlandia – w poszukiwaniu Rudolfa ;)

  • Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
28 grudnia 2019

Zaczyna się grudzień, szukam na grupach podróżniczych towarzystwa oraz ciekawej opcji na spędzenie końca starego i początku nowego roku. Zaczynam godzić się z nową sytuacją w moim życiu prywatnym (nadejdzie czas kiedy napiszę i o tym), ale i tak nie jestem w najlepszej formie psychicznej. Znajduję zdjęcia i ogłoszenie, że szukają ekipy na wyjazd do Laponii. No i już przepadłam, wiem że tam pojadę.

Po napisaniu wiadomości do osoby zbierającej grupę wariatów, okazuje się, że jestem trzydziestą którąś osobą pytającą się o ten wyjazd. Powstaje kilka opcji dołączenia, ale jak to zazwyczaj bywa, wszyscy odpuszczają. Ale co tutaj zrobić, jak się człowiek uprze, że musi… Szukam w myślach, kto byłby w stanie z moich znajomych jechać zimą za biegun północny. I mam rozwiązanie – Karol. Ponieważ nie jest do końca normalnym człowiekiem (w pozytywnym znaczeniu) zgadza się bardzo szybko J decyzja zapadła, renifery czekają.

I tak oto w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia pakujemy się w jeden wspólny plecak, wersja ekonomiczna, co powoduje kilka podejść do spakowania się. Tomek, który opiekuje się moim kotem podczas moich podróży, odwozi nas na dworzec. Trzeba dostać się do Gdańska, stamtąd są połączenia do Turku. Po krótkim locie szukamy połączenia do centrum miasta. Turku nie wyzwala w nas potrzeby zwiedzania i szukamy autobusu do Helsinek. Szybkie i tanie śniadanie w maku i jedziemy do Helsinek. Udaje się nam zająć miejsca na górze z przodu autobusu, cieszymy się, bo możemy od razu podziwiać jak wygląda Finlandia. Pomimo tego, większość czasu w autobusie przesypiam.

Helsinki, fajnie byłoby na kilka godzin iść pozwiedzać, ale mamy sporo bagażu, a dopiero w nocy przejazd do Oulu, trzeba byłoby go gdzieś „porzucić”. Znajdujemy schowki, płacimy i… okazuje się, że za mały, eh. Płacimy za drugi i w końcu jesteśmy pozbawieni problemu. Kupujemy bilety na metro, też nie wiadomo po co, jak jesteśmy w ścisłym centrum, no i na dodatek wydane bez sensu pieniądze na toaletę. Do tej pory nie wiem, na jakiej zasadzie one działają Mrugnięcie

   Helsinki

Wychodzimy na krótki spacer, rozglądamy się, znajdujemy promy na wysepkę niedaleko stolicy. Podejmujemy decyzję, że właśnie tam popłyniemy w sylwestra o północy. Przychodzi pora na etap podróży, kierujemy się do Oulu na północ  -  o północy. Mało ludzi podróżuje, co pozwala nam w miarę wygodnie chwilę się przespać. W sumie kolejna noc poza łóżkiem.

Wysiadamy wcześnie rano i jest ciemno, co w sumie nie jest niczym dziwnym w grudniu o tej porze w tej szerokości geograficznej. Jak się potem okazuje, dziwne jest jak jest jasno. Szybki prysznic w naszym mieszkanku i na spacer. I tutaj problem. Wydawało mi się, że wysuszyłam włosy, ale niestety nie, po chwili mi zamarzają. Byleby ich tylko nie złamać.

    Zamarznięte włosy

Ile białego puchu, cudownie wszystko przykryte białymi kołderkami. Nie ważne, że na tyłku górskie zimowe spodnie z gaciami i tak samo wiele warstw na górnych partiach ciała. Cudowne zamarznięte jeziorko, cudowne domki, cudowne zamarznięte parki. Po prostu cudowny widok. Oglądamy również opony rowerowe i samochodowe, takich grubych to u nas nie ma.

    Park Oulu

Kupujemy w markecie pamiątki, przecież po co kupować na końcu wycieczki, lepiej wozić przez prawie całą Finlandię ze sobą. Stos herbatek muminkowych, napojów muminkowych itp. musi znaleźć miejsce, więc kupujemy torbę, taką jaką mają ludzie na rynkach, jak to ustaliliśmy „ruska” torba.

    Muminkowe picie

Wieczorem ponownie gorący prysznic, granie w karcianki przy drinku i spać, jutro jeszcze dalej na północ, do ostatniego miasteczka, do którego dojeżdża komunikacja międzymiastowa. Dalej już ma być tylko park narodowy, misie i renifery.

Rano jak zwykle na takich wyjazdach, plecaki trzeba założyć i na autobus J Tym razem Kittila i Levi przed nami. Oczywiście nie ważne która jest godzina i tak jest ciemno, co dość ułatwia podróżowanie, można o każdej porze spać w autobusach. Słucham sobie muzyki i widzę wschód słońca, kiedy chcę powiedzieć – Karol, spójrz wschód słońca to okazuje się, że jest już zachodem. Ciekawe zjawisko wschodo-zachód.

Dojeżdżamy gdzieś w śnieżne pole i mówią, że to nasz przystanek. Wysiadamy i ciekawe wrażenie, prawie nic dookoła tylko kupa śniegu i dziwne dźwięki dookoła. Moja wyobraźnia zaczyna działać, zastanawiam się ile misiów polarnych kryje się gdzieś za drzewem. Mijając Finów, widzimy różnicę w podejściu do ułatwiania sobie życia; kiedy my przypominamy wielbłądy, oni ciągną zakupy na sankach. Docieramy do hotelu. Pierwsze miejsce, w którym nie ma innej opcji do spania (brak innego hotelu).

 Kitilla

Było ciemnawo przy wysiadaniu z autobusu, kiedy dotarliśmy do hotelu jest już zupełnie ciemno, a przecież jest dopiero 14. Porzucamy bagaże i na autobus, aby zobaczyć kurort narciarski w Levi. Kiedy czekamy na przystanku sami, nie będąc pewnym czy jest to właściwy przystanek i czy autobus przybędzie, zaczynam zastanawiać się, czy jednak nie lepiej zimą jechać tam gdzie jest widno. Ta ciemność powoduje pewien rodzaj mroku wewnętrznego.

Autobus dociera, jedziemy, kiedy wysiadamy w Levi dowiadujemy się, że był to ostatni autobus i nie mamy jak wrócić do naszego hotelu. Mówię: a co tam, damy jakoś radę, stopem można, albo na piechotę. Karol mówi: OK., idziemy zwiedzać. Mnóstwo turystów oczywiście z Rosji, mnóstwo badziewia, lodowy tron i różne turystyczne miejsca. Oczywiście jest tam drogo, ale pomimo głośnej rozmowy wewnętrznej postanawiam spróbować na kolację renifera. Wybieramy najtańszą restaurację i zamawiamy dwa różne dania. Ja dostaję coś w formie kebaba a Karol w formie golonki. I tutaj pojawia się w mojej głowie pomysł, taka kość z renifera, jaka to świetna pamiątka. Po zjedzeniu pakujemy kość w papierki i wychodzimy. Próbujemy złapać stopa bezskutecznie, postanawiamy iść na piechotę, okazuje się, że nie damy rady, przy takiej ilości śniegu musielibyśmy iść ulicą. Wracamy do Levi, bierzemy taksówkę, pozostawię bez komentarza cenę transportu.

  Levi

Pozostaje iść polować na zorzę, w sumie dalej na północy nie będziemy. Znaleźliśmy miejsce na uboczu w środku śniegu, siedzimy, pijemy polskie trunki, aby nie zamarznąć. Czekamy, czekamy. Po kilku godzinach decydujemy się wracać, i wtedy do nas dociera, że my widzimy zorzę, ale pod warstwą chmur i widzimy jej ruch na niebie ale jedynie w szarym kolorze.

 Polowanie na zorzę

Kolejny ranek taki sam, to znaczy znowu na autobus, zostaje już tylko wizyta w najbardziej znanym miejscu tego kraju, czyli odwiedziny Mikołaja. Jak zwykle ciemno, więc przestaje to być zaskakujące. Dojeżdżamy do Rovaniemi. Kiedy szukałam noclegu w tym miejscu patrzyłam się po cenie, nie pomyślałam, że może i warto zapłacić więcej i mieć wszędzie blisko. Tutaj też nocleg jest w opcji airnb, co okazuje się złym wyborem. Pokój w Adamiku jednoosobowy daleko od wszystkiego. Zostawiamy bagaże i jedziemy do wioski Mikołaja. Jak tutaj jest świątecznie i kiczowato, ale jednak pięknie. Jedziemy na krótką przejażdżkę saniami z zaprzęgiem reniferów. Wysyłamy pocztówki z poczty św. Mikołaja. Wchodzimy do domu głównego mieszkańca wioski, mnóstwo ruchomych dekoracji z elfami, w końcu widzimy Świętego. Można zrobić sobie z nim zdjęcie, co też robimy. Potwierdzam, że On istnieje i mówi w każdym języku.

  Z reniferem

Wracamy do centrum, spacerujemy po mieście i parkach, idziemy nad jezioro popatrzeć w niebo, może dzisiaj będzie widoczna zorza. Chodzimy po zamarzniętym lodzie, okazuje się, że tam jest taka grupa pokrywa, że nawet auta jeżdżą po jeziorach.

Po powrocie do miejsca naszego noclegu zaczyna się ogarnianie jak spać w łóżku z ogromną ilością włosów (cudzych), w końcu śpimy na ręcznikach.

Zamawiamy taksówkę rano, aby zdążyć na autobus do Helsinek. Tam spędzimy noc sylwestrową. Kierowca się spóźnia, docieramy w ostatniej chwili na dworzec, biegiem chcemy, ale nie możemy dojść do autobusu, tak jest ślisko. W końcu jedziemy, tylko że bez jedzenia i picia. Ze względu na opóźnienie kierowcy nie było już na to czasu. Mamy nadzieję, że podczas przesiadki będzie chwila. Niestety znowu bieg do autobusu. Jedziemy już okropnie głodni. Ponieważ w autobusach nie mówią po angielsku, więc nie wiemy że jest przerwa. Pytamy kierowcy kiedy będzie kolejna przerwa, jedynie kiwa głową.

Podczas jazdy, kiedy była odrobina słońca, jednak czym bliżej południa, tym więcej dociera promieni słonecznych, widzę niesamowite zjawisko na niebie. Chmury wyglądają jak wielokolorowa wata cukrowa. Przez okno robię zdjęcia, nie potrafię uchwycić tego niesamowitego widoku. Potem przeczytałam w gazecie, że w Finlandii było widoczne bardzo rzadkie zjawisko – perłowe chmury i pokazane zdjęcie, dokładnie tego co widziałam. Czyli jednak coś wyjątkowego mnie spotkało Uśmiech

  Perłowe chmury

W końcu jest postój, kierowca mówi, że mamy 20 minut, to biegiem do Burger Kinga, kupujemy zestawy, wychodzimy i… nie ma autobusu. Karol zostawił dokumenty w autobusie, ja aparat. Już nie mówiąc o bagażach. Biegamy przerażeni po dworcu autobusowym, nikt nas nie rozumie, w końcu ktoś wie o czym mówimy, dzwoni do kierowcy aby się wrócił po nas. Okazuje się, że autobus zjechał na parking i zaraz będzie. Jaka ulga, jednak wrócimy do domu. Najedzeni dojeżdżamy do Helsinek.

Po raz kolejny te same schowki na dworcu. Wychodzimy na spacer. Mnóstwo ludzi stojących pod klubami czekających na wolne miejsca w środku. Płyniemy na wyspę, północ, oglądamy pokazy sztucznych ogni w Helsinkach. Wracamy do miasta, ogrom pijanych ludzi nas przeraża, wracamy do Turku dużo wcześniej niż chcieliśmy. W autobusie pełnym imprezowiczów dość śmierdzi. Jesteśmy na miejscu, ślisko okrutnie, udaje nam się cudem przejść na druga stronę ulicy do maka, prąd i wifi jednak są istotne. Czekamy dłuższą chwilę, jedziemy w końcu na lotnisko. Tam trochę ogarniamy się w łazience. No i zaczyna się myślenie, czy nie lepiej wyrzucić kość renifera, jednak jest to nielegalne. Rozsądek wygrywa, kość pozostaje w Finlandii.

Jeszcze odprawa i powrót. Ponieważ jesteśmy z naszą torbą, to Karol zaczyna mówić do mnie po rosyjsku. Doprowadza to, do zabawnej sytuacji, ponieważ przy kontroli paszportowej, dowiadujemy się, że ten samolot jest do Polski a nie do Rosji. Kiedy pokazujemy paszporty temat zostaje rozwiązany. Jeszcze śmiech Panów, kiedy zobaczyli bagaż podręczy. No i wracamy do domu.

Jeszcze tylko dzień w Gdańsku, czekanie na pociąg.

Dość intensywny wyjazd, no i mroczny, ponieważ bez słońca, ale jednak udany. Miło zobaczyć śnieżną krainę w okolicach Świąt Bożego Narodzenia. Nie sądzę, że tam wrócę, ale kto to wie, ciekawość zobaczenia zorzy polarnej, gdzieś pewnie mnie doprowadzi ponownie na północ.

 

Zdjęcia autorki

Monika Piśniak

Galeria

  • Powiększ zdjęcie Levi - lodowy tron

    Levi - lodowy tron

  • Powiększ zdjęcie Oulu Park

    Oulu Park

  • Powiększ zdjęcie Oulu - jezioro

    Oulu - jezioro

  • Powiększ zdjęcie Oulu

    Oulu

  • Powiększ zdjęcie Dom Św. Mikołaja

    Dom Św. Mikołaja

  • Powiększ zdjęcie Zaprzęg reniferów

    Zaprzęg reniferów